Korzystając z wolnej chwili chciałem i tutaj dorzucić swoje trzy grosze.
Moj stosunek osobisty do sprawy jest jasny i dalem mu wyraz w swojej ksiazce, wiec nie chcę sie powtarzać.
Natomiast chciałem się za to podzielić swoimi wrażeniami z mojej letniej podróży balkańskiej, gdyż ma zwiazek z tematem.
Napisałem już dziś długą odpowiedż i oczywiscie nieudolny edytor tekstu stosowany w tym i innych forach i ja cala wciał, więc napiszę w kilku kawałkach.
Na calej trasie starałem sie wybadać nastroje ludności, jej sympatie polityczne i zbadać , czy istnieje jeszce pamieć o AW i jaki jest stosunek do bylej Jugosławii.
Mam prawie gotową ksiażkę o odpowiedzialności za wybuch I WŚ. Planuje też napisanie ksiażki o froncie serbskim i czarnogórskim w I WŚ, a dalej innej ksiażki o froncie rumuńskim, a moje bałkańskie wypady są podejmowane pod katem zorientowania sie w terenie i pozostałościach po tamtych wydarzeniach.
A teraz opis:
Część I : Wojewodina:
Szabadka (Subotica):
Po przekroczeniu granicy jedziemy do pobliskiej Szabadki (Suboticy). Centrum miasta ma nadal charakterystyczny austro-węgioerski wystrój z XIX wieku i pełne jest budowli z tego okresu. Gdzioeniegdzie figurują now e egierskie napisy, lecz stare ulegają działaniu czasu. Po dluższej obserwacji widać, że zabytki tego okresu są celowo zaniedbanie i oczekuja na śmierć techniczną. Katolicka katedra jest wyraźnie uszkodzona (potężne pęknięcie w murze fasady. Przed nia jakiś nomstrualny serbski pomnik w stylu nieokreślonym. na ulicy ludzie mowią cicho. Trudno rozpoznać ich ojczysty język.
Wchodzimy do jakiejś lodziarni. Sprzedawca intensywnie wpatruje sie w olbrzymie pełne godlo z koroną ś. Stefana i Aniołami zdobiące moją koszulkę i ostroznie nawiazuje dialog po węgiersku. Po chwili nie kryje niechęci do Serbow i dzieli sie swobodnie swoimi wrażeniami i odczuciami: " Jest coraz gorzej. Wszystko się rozpada. Ludność węgierska sie kurczy, gdyz stale przybywają nowi mieszkańcy z terenow utraconych prtzez Serbów. Marzeniem wladz jest zatarcie wszelkich śladów po Węgrach, a przezcież byliśmy tu prawie tysiąc lat - wcześniej niż oni. Jedyną naszą nadzieja jest UE i perspektywa otwarcia granic". Rozmówca nie radzi mi afiszować sie z koszulką w dalszej podróży.
Wkrotce opuszczamy Sabadke i kierujemy się na Ujvidek (Novi Sad). Krajobraz przypomina Wielka Nizinę Węgierska - (zreszta nic dziwnego - to przecież jej poludniowa część). Mijamy redy domow z charakterystyczna wiejska zabudowaą w stylu wegioerskim (tzn. zwrócone ścianami szcytowymi ku drodze), liczne katolickie kościoły często zamienione na cerkwie.
Ujvidek (Novi Sad).
Centrum miasta zachowuje nadal dawny c.k. wystrój, ale jest ono otoczone nowymi ponuruymi blokowiskami w stylu titoistowskim. Śladow węgierskości i pamiatek (tablice, dawne napisy) po AW znacznie mniej niż w Suboticy. Trudno o nocleg. Znajdujemy go w rescie w drogim postsocjalistycznym domu turysty. W sasiedztwie zamknięty na glucho rzymsko-katolicvki kościół otoczony scze;lnie kolczastymi krzakami i śmietnikami zamykającymi dostęp. Hotel mimo wysokiej ceny - dość obsurny. Śniadanie fatalne, obsluga - obojetna i nie sili sie nawet na wymuszony uśmiech. Ludzie nie mają chci podejmowania rozmowy na tematy polityczne. Opuszcamy miasto i przeprawiamy sie przez rzekę ( na moście tablica upamietnijaca jego zbomnardowanie przez lotnictwo NATO) do sławnej twierdzy - Petrovaradin.
Tu szok. W środku muzeum serbskiej wojskowości. Więszość eksponatów - importowana z głębi Serbii. Informacje ulożone śą tak, aby pokazć twierdzę jako stare serbskie miasto, a panowanie węgierskie jako okres niewoli i terroru. (W rzeczywistości - serbska ludność sprowadzili tu właśnie Habnsburgowie w poczatku XVIII wieku udzielajac schronienia uciekinierom spod tureckiego jarzma). Pomimo, że twierdzę odwiedzają liczni węgierscy turyśći - żaden przewodnik nie włada tym językiem i nie ma nawet egierskich napisow. Niemieckie też są skąpe. Wiadomości przewodnikow to karykatura historii. Po obejrzeniu róznych zakamarków opuszczamy więc dość szybko twierdzę i maszerujemy w strone samochodu po niesłychanie zaopuszczonej i zaśmieconej (żęby nie powiedzieć zas....nej) drodze fortechnej. Mijamy po drodze jakiegoś emerytowanego sprzątacza. Po jego przejściu droga nie wygląda lepiej.
Jadąc terenami, zamieszkałymi głównie przez Chorwatów i należącym przed I WŚ do Chorwacji iedługo docieramy do Zemunia, który dziś jest przedmieściem Belgradu, a przed I WŚ był ostatnim miastem monarchii naddunajskiej. Widok centrum miasta podobny jak w Nowym Sadzie i Suboticy, czyli "franciszkańsko-józefiński". Przejeżdzamy przez most, przekraczając historyczną granicę Serbii i docieramy do centrum Belgradu.
W całej Wojewodinie nie znaleźliśmy też zadnego sladu cmentarza wojennego z I WŚ, co jest o tyle uzasadnione, że dzialania wojenne tu nie dotarły. Powinny być jednak jakieś cmentarze gdzie chowano rannych AW, bo przewcież front był niedaleko, a szpitale w Zemuniu przepełnione. Być może jednak takie cmentarze są, ale jedziemy główną droga i nie ma o tym żadnej informacji.
Głównym celem naszego zwiedzania była oczywiście słynna cytadela belgradzka pamiętająca jeszcze czasy rzymskie ( Sigidunum ). To na nią spadły pierwsze pociski wystrzelone w I WŚ z c.k. monitorów flotylli dunajskiej. To o nią toczyły się zażarte boje w jesieni 1914 i 1915 roku. To tu znajduje sie słynne muzeum wojskowości serbskiej.
W przeciwieństwie do Petrowaradynu - muzeum nie ropzczarowuje eksponatami. Mnóstwo autentycznych zabytków i wspanialych rekonstrukcji twioerdzy z róznych epok.
Przed budynkiem wspaniały park artyleryjski. Prawdziwe rarytasy z I WŚ : serbskie i austrowegierskie działa polowe i cieżkie, a wśród nich autentyczna "Chuda Emma" -moździerz Skoda 30,5 cm!
Jednak sama ekspozycja i jej merytoryczna wartość - niewielka. Krzywe zwierciadło - niemal jak w "Dobrym wojaku Szwejku"!. Ekspozycja przedstawia dzieje Serbii jako ciąg zwycieskich wojen począwszy od epoki cara Duszana do zwyciestwa nad koalicją NATO!
Dowiadujemy sie, że Serbowie zwyciężyli w średniowieczu Bizancjum, Bułgarię i Turcję (o epizodach bizantyjskiego i bułgarskiego panpowania nad Serbia po prostu sie "zapomina"), a w czasach nowożytnych: Turcję, Bułgarioe, Austro-Wegry i ponownie Bułgarię, III Rzezszę i jej koalicjantów, a wreszcie połączone siły NATO. Okrutni okupanci wszelkich maści i zdradliwi sasiedzi zawsze dopuszczaja sie przy tym zbrodni na iewinnych Serbach - natomiast oni zawsze postepuja szlachetnie i wszystkich wyzwalają! Mord w sarajewie przedstawiony jest tu mjako austriacka prowokacja - zaś król Piotr jako niewinna i Bogu ducha winna ofiara nieusprawiedliwionej agresji. Serbom zgarażają przez wieki nieustannie wszyscy za wyjątkiem Rosjan i Francuzow, ktorzy jak wiadomo sa wzorem wszelkich cnót... Przewodnicy prześcigaja sie w zachwytach nad samymi sobą i nie przejmuja sie wcale niekonsekwencja swojego wykładu.
Wprowadzilem ich jednak w niezłą konsernację udająć Rosjanina. Okazalo sie bowiem, że mimo swej wielkiej miłosci do tej ostoi słowiańszczyzny i prawoslawia - nikt w muzeum nie włada tym językiem! Nie omieszkalem nazwac tyego skandalem i wywolać w rozmowcach szczerą i powszechną skruchę...Na zewnątrz znajduje sie wiele pomnmikow poswieconych bohaterskim żołnierzon serbskim broniacym Belgradu w czasie IWŚ, a także francuskim towarzyszom broni. Cmentarzy na których lezeliby polegli żolnierze AW chyba nie ma. W każdym razie mimo usilnych pytań - nie uzyskalem o tym żadnej informacji. W bezpośrednich rozmowach Serbowie (uwaążjacy nas widać za Polakow - przyjaciół) nie kryli swego żalu za upadlą Jugoslawią, ktora ich zdaniem zginęła wskutek spisku zawiazanego przez amerykańskich, niemieckich i watykańskich decydentów. Wedlug ich wersji wydarzeń ludy Jugoslawii ogromnie sie przedtem kochały i byly na jalepszej drodze do stworzenia wspólnego zjednoczonego narodu. Co prawda nie brajklo tez i skrajnych nacjonalistow opluwajacych wszelkie nacje dookoła i pietnujacychc je jako zdrajców slowiańskiej sprawy. Radovanm Karadzić i radko Mladić byli dla nich bohaterami narodowymi i niewinnymi męczennikami imperialistycznej agresji. AW były w ich opowiadaniach glównym wrogiem Słowian, ktory ciemieżył ich niesłychanie i wynarodawiał. Zbrodnie żolnierzy ck były nieprzeliczone, a austro-wegierscy jeńcy ktorzy nie przeżyli dlugiego marszu 1915 roku ponieśli sluszną kare za swe zbrodnie.
Gdy napomnknąlewm żę i Tito byl jednym z żolnierzy Franciszka Józefa - serbscy rozmowcy uznali to za prowokację i niemal zatkało ich z oburzenia na takie "herezje".
Po dotarciu do samochodu okazało sie, że dzielna milicja uraczyla nas mandatem za niepraiwdlowe parkowanie, choć niogdzie nie bylo żadnej informacji o strefie, a serbskie samochody parkowaly tam bez żadnych kart postpojowych i zezwoleń! Co wiecej - jedynie my staliśmy sie szcęsliwymi posiadaczami mandatu wzywającymi nas do uiszczenia oplaty w ciągu dwóch tygodni. Ponieważ świstek zbyt mały, aby go użyć jako papier toaletowy - więc wylądaowal natychmiast w koszu na śmieci (nie zamierzaliśmy ani przebywać w Serbii dwa tygodnie, ani przez nią wracać).
Nisz:
Z Belgradu wyrwaliśmy sie nie bez trudu w kierunku Niszu idąc śladami krzyżowców, a także armii austro-węgierskiej i niemieckiej z jesiueni 1915 roku. Nisz intersował nas glownie ze wzgledu na swoją slynną cytadelę, ktora zostala zdobyta przez Bułgarow z marszu tejże jesieni 1915 roku.
Miejsce narodzin cesarza Konstantyna Wielkiego okazalo sie jednak najwiekszą porażka naszej podróży. Miasto obsurne, brudne i senne. Cytadela zaopuszczona i totalnie zanieczyszona przez tubylcow odwiedzajacych gigantyczny orientalny bazar, który do niej bezpośrednio przylega. Brak jakiejkowiek informacji o wydarzeniach z 1915 roku. Totalny syf. Jedyną ciekawostką bylo poniewrajace sie na rumowisku olbzrymie betonowe godło bylej Jugoislawi przedsatwiajace plonień powstaly z pochodni tyrzymanymi przez kilka podniesionych rąk (symbol republik związkowych). Stalo sobie wsród róznych śmieci podparte kilkoma gnijacycmi palami. Doprawdy trudno o lepszy symbol owego politycznego tworu i obojętności mieszkańcow Niszu wobec upadlej wielkości. W Niszu wszyscy byli zajeci swoimi sprawami i nikt nie byl sklonny do żadnych rozmow na tematy pozahandlowe. Zrezygnoaliśmy wiec z noclegu w tym nieciekawym mieście i majac juz dość niezbyt goscinnej serbii skieroaliśmy sie czym prędzej ku niezbyt odległej bułgarskiej granicy jadać malownicza droga z niezliczonymi tunelami przebitymi w skalach.
Najpierw będę kontynuował (piszę to juz drugi raz !) :
Cześć 3: Bułgaria:
granica:
Pomimo że przekraczamy granicę UE odprawa jest dość szbka, lecz celnicy dokliczają nam jakąś oplate sanitarną. Za co - pytamy ze zdumieniem. " Za przywóz zepsutego serbskiego powietrza" - odpowiada rezolutnie bułgarski urzędnik.
Pomimo późnej pory ruszmy koszmarbna droga w przebudowie w kierunku Sofii. Niedlugo docieramy do słynnej Sliwnicy.
Slivnica:
To mała i zupelnie nieciekawa miejscowość na drodze do Sofii. Jest to jednak miejsce slawnej bitwy z 1886 roku w ktorej bulgarski książę Aleksander Battenberg rozgromił najezdnicze wojska serbskiego króla Milana Obernovicia. Z tego powodu postanawiamy sie ytu zatrzymać i porozmawiać z mieszkańcami, aby zbada c stan ich wiedzy na ten temat i nastawioenie polityczne. Po dluższym szukaniu natrafiamy na mnieiwielki motelk, ktorego gospodarz - Władymir nie tylko ochoczo pokauje nam pokoje, lecz natycjhmiast zaprasza na gratisową kolację zlożona głownie z pomidporow i rakiji wlasnego chowu. Gdy dowiaduje sie żę zatrzymaliśmy sie aby dowiedzieć sie coś wiecej o slawnej bitwie - jest po prostu zachwycony i chętnie nawiazuje dialog. Rozmowa toczy sie szybko w języku rosyjskim. Gdy dowiaduje się że jesteśmy hoistorykami , mówi : "No to wiecie wiecej ode mnie". Tłumacze mu, że chciliśmy poznać opinię mieszkańcow Sliwnicy i zbnadać ich stan pamieci o bitwie. " - Co tu mowić1 Napadli nas bandyci aby zniszczyć dopiero co odradzająca sie Bulgarię , abyśmy nie konkurowali z nimi na Bałkanach. Cały świat nas opuścił i wszyscy byli przeciw nam, ale robiliśmy ich w drobiazgi i popędziliśmy do Belgradu. Gdyby nie Austriacy - zniszczylibyśmy w samym gnieżdzie tę zarazę...I co in z tego przyszło? Odplacili pięknie w Sarajewie...". Wladymir okazuje sie światowym czlowiekiem. Był w roznych miejscach, w naszym Krakowie rownież. Wie też, że i my byliśmy wowczas poddanymi monarchii. " W pierwszej wojknie byliście w porzadku - powiada trakujac nas z miejsca jako stronę sojusznicza - ale babraliście sie z serbami przez ponad rok, a nasi naprali ic h w proch w dwa tygodnie". Tłumaczę, że AW musiały też odpierać inwazje rosyjska w Galicji. " Wiem i o tym, powiada, ale co prawda, to prawda..." . Z rozpędu pytam też o Dimitriewa. " - Tak był naszym bohaterem w tureckiej wojnie i kochal Rosjan. My wszyscy jkesteśmy im wdzieczni za przegnanie Turkow, ale Ruskow dzialał w Galicji na wlasna rękę... Ech i co mu z tegoiprzyszlo. Kocjhal Rosjan, a ubili go jak psa...". Na koniec Wladymir pyta dokąd jedziemy dalej. Do Sofii. A potem. Do Macedonii. "Znasz anegdotę o Macedończyku? - pyta Władymir. - co będzie jak go wykąpiesz? Czysty Bułgar i brudna woda..."
Rankiem ruszamy w kierunku Sofii. Zbyt malo czasu nie pozwala nam na dłuższe rozmowy. Zwiedzmy jedymnie zabytki i w drogę. Tuż przed granicą kupujemy owoce od przydrożnej sprzedawczyni - prostej , wiejskiej kobiety. Kto wy? Polacy i Węgrzy. " Wiem - Warna, król Wladyslaw, Hunyadi - popisuje sie babninka. Skąd jedziecie? Z Belgradu. Dokąd? Do Macedonii. " No to cały czas byliście w Bulgarioi - woła kobieta - Belgfrad to nasze symeonowe dziedzictwo, a Madeconia - nasza krew . Zlodzieje wszystko ukradli namieszali " Jacy zlodzieje? - "Serbowie" - odpowiada.
Po przekroczeniu granicy pojechliśmy na zachód w kiekunku Skopie przez niezbyt zaludniony, choć pieknby kraj. Po godzinie napotkaliśmy wieśniaczkę usiłująca sprzedać owoce przy drodze. Oczywiście skusiliśmy sie na arbuzy i winogrona, co nastroilo ją bardzo przyjaźnie. Usilowaliśmy z nią rozmawiać, ale kontakt był tu trudniejszy niż w Bulgarii, bo Macedończyucy nie znają rozyjskiego, a my nie mieiśmy rozmowek macedońskich ani słownika. Wkrótce jednak wydobyliśmy analogiczne pomoce bułgarskie i stal się cud: kobieta rozumiała doskonale o co chodzi! Władymir miał wiec rację: Macedończycy to czyści Bułgarzy. Kobiewta najpierw żalila sie na biedę, lecz zapytana o to czyt żąłuje Jugoslawiii splunęła tylko pod stopy miotając jakieś przekleństwa. Z doch Jugoslawii wiekszą nienawiść odczuwa;la jednak do tej przedwojennej - króleweskiej - znanej jej z opowiadań rodziców. Gwalty, rozboje i podpalenia dokonywane porzez serbskich żandarmow i bicie za mówienie po bulgarsku (macedońsku) było ówczesną codziennością, a bezkarność oprawcow wolala o pomstę do nieba. Za Tity było dużo lepiej i nieco wioeksza swoboda, ale zawsze Macedończycy byli traktowani jak "gorsi", a macedonia jak ogon Jugosławii. O monarchii austro-egieraskjiej i tak dawnych czasach wieśniaczka wiedziala niewiele i nie kojarzyla ich ani żle ani dobrze. Wiedzac iż w zachodniej Macedonii żyje ogromnie liczna mnmiejszość albańska - zapytaliśmy czy nie obawia sie zagrożenia z jej strony i co zrobiliby Macedończycy, gdyby te tereny odpadły i przyłaczyły sie do Albanii. odpowiedziala, ze wtedy najprawdopodobniej Macedoćzycy polaczyliby sie z braćmi Bułgarami. Możliwość jakiegokolwiek zwiazku z Serbami i powrót do kolejnej Jugosławii kategorycznie wykluczyła.
Skopie:
Wody rzeki Wardaru dzielą stolicę Macedonii na dwie zupelnie niepodobne części - prawoslawnązamieszkala przez Macedończykow i muzułmańska zamieszkala przez Albańczyków. Mavcedończycy są bierni, malo ruchliwi i wogole żyją na "wolniejszych obrotach". Albańczycy - przeciwnie - są ruchliwi, przedsiębiorczy i wszędzie ich pełno.
Po nieudanej probie zdobycxia noclegu w części macedońskiej ( potwornmie droigie postsocjalistyczne hotele) udaliśmy sie do zachodnoiej częśći miasta i bez trudu zdobyliśmy schludną i tania kwaterę u Albańczykow, ktorzy w odróżnieniu od swych sąsiadow znają tu dość dobrze kilka językow obcych ( w tym angielski i niemiecki).
Tematy polityczne jednak nie bardzo się kleiły, gdyż tutejsi Albańczycy interesują sie przezde wszzystkim sprawami bieżacymi i dorabianiem się. Nie ulegalo jednak najmniejszej wątpliwoiści, ze szczególna niechęcia darzą Serbów - natomiast Macedończycy są im nieomal obojętni, choć (rzecz jasna) są dla nich rownież slowiańskimi przyblędami. Oczywiscie marza tez o Wielkiej Albanii, która obejmie wszystkie ziemie zamieszkale przez tą ostatnią pozostalość starożytnych Ilirów.
Następnego dnia ( po dość dlugioej podrózy przez gęto zabudowane tyereny mniejszości albańskiej) zwiedzilismy wspaniała Ochrydę (Ohrid) polozona nad jeziorem, tej samej nazwy. Niedaleko od niej w 1918 roku alkianci przerwali front, co doprowadzilo do katastrofy Bułgarii. O I WŚ nie dowierdizeliśmy sie niczego - za to prszewodnim po najstarszej cerkwi w cytadeli z dumą pionformowal nas o tym , że Ochryda jest kolebką prawoasławnej liturgii sloianskiej i matka bułgarskiego kościola. Opowiadal też wiele o twierdzy caera Samuila i jego bohaterskich zmaganiach z Bizantyjczykami ( Ochryda byla wóczas stolicą Bułgarii). Mocleg spedziliśmy w dość nieciekaej kwaterze należącej do ludzi unikających rozmów na tematy polityczne i historyczne.
Rankiem skierowalismy sie (nie bez pewnych obaw) w kierunku bliskiej granicy z Albanią.
Ze względu na duży przepływ Albańczyków do Macedionii i na odwrót ( tzn. z Macedonii do Albanii) oczekiwanie na przejściu granicznym było dlugie. Nasz niepokoj stopniowo wzrastal, gdyż we wszystkich krajach rozmówcy ostrzegali nas przed roznymi atrakcjami w Albani ( rzekome rozboje, mozliwość konfliktu z uzbrojonymi ludźmi, kłlopoty z przetępczościa zorganizowaną i zwykła kradzieżą, niechęć do Słowian, rzekomo beznadziejne zaopatrzenie i fatalne drogi). Wiekszość tych obaw okazala sie jednak zupoelnie bezpodstawna i w sumie okazalo sie, że Albańczycy są przemilymi, sympatycznymi i bardzo gościnnymi ludżmi, zaś krotki pobyt w ich ojczyźnie należał do najprzyjemniejszych w całej naszej podróży. Okazało sie też że pozywtywna pamięć o AW, pomimo oddalenia geograficznego, jest tu stosunkowo silna, a świadomośc historyczna ludności - bardzo wysoka. Nassza trasa przez Albanie omijała niesiekawą Tiranę wiodąć przez Elbasan, Durres, Kroję i Skodxer do pobliskiej Czarnogóry.
bardzo ciekawe te opowieści z podrózy po Bałkanach, tylko się zastanawiam, czy nie lepiej zrobić z nich osobnego tematu i przeniesć do działy CK Monarchia Dziś. bo tutaj to tak one się wlewają między dyskusje np. o narodowości
_________________ Boże wspieraj, Boże ochroń
Nam Cesarza i Nasz Kraj...
Po przekroczeniu granicy zdzwiła nas dość dobra nawierzchnia drogi (nieporównanie lepsza od polskich!) która zawiodła nas na szczt wzniesienia z ktorego rozciaga się cudowna panorama gór pławiacych się w letnim słońcu. Naszą uwagę przyciągają niezliczone jednoosobowe betonowe bunkry zbudowane praktycznie przy każdym domu w pasie przygranicznym. Ta najbardziej widoczna pozostalość komunistycznegoi reżimu Hodży stanowi dziś nie lada atrację turystyczną. ( do tego darmową, gdy z Albańczycy nie wpoadli jeszcze na pomysł pobirania opłat za ich zwiedzanie.
Kręta drogą jedziemy w kierunku miasta Elbasanu, a dalej ku starożytnemu portowi Epidamnos (rzymskie dyrrahium, włoskie Durrazzo, obecnie Durres). Rozciaga sie z niego roległy widok na Przesmyk Otranto - drogi sercu ka zdego Wegra i m ilośnika CK marynarki wojennej. Z ciekawością rozglądamy sie po terenach gdzie w zimie 1915 na 1916 rok rozgrywal sie ponury dramat odwrotu Serbów i martyrologia ciągnietych przez nich jeńcow austro-węgierskich i gdzie słynny generał Pflanzer-Baltin jeszcze w ostatnich miesiącach I WŚ toczył z powodzeniem zwycieskie boje z przeważającymi silami koalicji.
Zanim przejdę do dalszego ciagu opisu podrózy odpowiem od razu Machalicy:
Przedstawienie opinii i poglądow na temat AW zaczerpnietych od mieszklańców Serbii, Bułgarii, Macedonii i Albanii ma sens ponieważ wszystkie te tereny były miejscem działań CK armii, lub były wowczas jak Bułgaria ( w dużej mierze Albania) w przymierzu z Austro-Węgrami (Serbia i Czarnogóra byla zaś jej wrogami). Inne tereny jak : Bacska (Wojewodina), Zatoka Boka z Kotorem, Dalmacja , Bośnia i Slavonia były zaś częścią AW.
Pytanie Machalicy jest trochę dziwne, zwawszy, że na tym forum o AW dyskutuja rownież ludzie ( i wypowiadają sie na ten rózne tematy), ktorzy nie pochodzą z terenow znajdujących sie wówczas w monarchii naddunajskiej (do tej kategorii należą Polacy o korzeniach Krolewstwa Kongresowego, a także pomorskich , wielkopolskich i śłaskich), a nikt tego nie uważa za dziwne, ani nienormalne, ani nie pyta dlaczego wypowiadają sie w nieswoich sprawach.
Moim zdaniem owe opinie i rozmowy wązne są jeszcze z innego względu:
W histopriografii XX wieku przedstawia sie naogół powstanie Jugoslawii jako wynik dążeń narodowościowych ludow balkańskich, które rzekomo pragnęły sie połączyć pod przewodem Serbów. Samych Serbów zaś przedstawia sie jako niewinne ofiary napaści pólnocnego mocarsrtwa i ludzi szlachetnych niosących wolność słowiańskim braciom brzydzących sie podstępem i zbrodnią. Ten mit dobrego, dzielnego i szlachetnego Serba jest zreszta bardzo popularny (zwlaszca w nie - galicyjskiej) części Polski, czego dowodem są rozmaite m,mniej lub bardziej bzdurne wypowiedzi domoroslych pseudohistoryków na najróżżniejszych forach internetowych.
Dlatego uważam że warto skonfrontować te potoczne wyobrażenia z rzeczywistymi opiniami mieszkańcow wymienionych terenów, które zresztą ( za wyjątkiem Bułgarii i Albanii wchodziły w skład Jugoslawii).
Przypominam też, że tytuł obecnej dyskusji brzmi: Stosunek "Jugoslowian" do CK monarchii - nie zaś: Stosunek południowoslowiańskiej części bylerj monarchii naddunajskliej do Austro-Węgier.
W związku z przeniesieniem wątku pozwoiłme sobie na dodatkowe rozwinięcie niektorych wątków:
Albania (c.d.)
Albania jest krajem zasadniczo różniącym sie od uprzednio opisanych krajów balkańskich. Uderzają trzy odmienności:
1) Nie widzimy tu śladow dominującego od Belgradu prawosławia: zamiast cerkwi widzimy w kraobrazie bardzo liczne minarety i mniej liczne, ale wyraźne dzwonnice kościołow katolickich.
2) Znika wszecvhobecna w dortychczasowych krajach cyrilica, ząś na uliczkach miasteczek i wiosek nasze ucho nie wychwytuje już znajonym slowiańskich dźwieków.
3) W oidroznieniu od rzadko zaludnionych : Serbii, Bulgarii i Macedonii Albania wydaje sie istnym ludzkim morwiskiem, zaś na każdym kroku widzimy wznoszące sie w zawrotnym tempie nopwe domy wykorzystujace w osadach każdy wolny skrawek ziemi.
Wg naszego przyslowia prawdziwy mężczyzna powinien: 1) zbudować dom, 2) splodzić syna i 3) zasadzić drzewo. Kązdy Albanczyk podpisalby sie zapewne pod dwoma pierwszymi warunkami bycia mężczyną, ale zamiast drzewa (ktorych jest tu niewiele i zajmują sie nimi raczej kobiety) - wymieniłby jako trzeci warunek męskości posiadanie mercedesa. Może sie to wydać dziwne, ale chyba w żadnym innym państwie naświecioe nie ma takiego zagęśzczenia tych niemieckich samochodow i nie ma takiej "monkoultury" motoryzacyjnej. Mercerdes służy oczywiuście jako miernik męskości i nie używa sie go do żadneych przyziemnych przewoizow , ktore zalatwia do dziś poczciwa dwukółka ciagnięta przez maleńkiego konika, lub poczciwego kłapoucha. Wygląd wiejskich i malomkiasteczkowych uliczerk zatłoczonycvh przez te dwa ( jakże odmienne) rodzaje pojazdów jest niezapomniany.
Po dość długiej podróży osiągamy wreszcie wybrzeże i docieramy do malowniczego Durresu. Mijamy pozostalosci greckiego teatru w Epidamnos i zatrzymujemy sie tuż nad morzem, gdzie pod niezliczonymi parasolami, lub wprost pod egzotycznymi palmami grupoki ludzi zażywaja sjesty popijajac jakiś napój. Parkujemy ( w Durresie są jakieś strefy ograniczonego postoju, ale wszyscy maja to w nosie) i siadamy przy jednym ze stolików prowizorycznego lokalu. Albańczycy poczśatkowo odsuwaja sie od nas slysząć dźwqieki przypominajace im jęztyk serbo-chorwacki ( nie sdąprzecież filologami i wszystkie języki slowiańsklie brzmią w ich uszach podobnie), ale ich nastrój ulega zmienie, gdy orientują się po naszej tablicy rejestracyjnej iż nie jesteśmy przybyszami z Serbii i Czarnogóry. Jeden z nich podchodzi wprost do naszego stolika i słydsząć że wlaśnie wskazujac na morze tłumaczę coś przyjaciołom ( z czego rozumie jedynie słowa Otrnato i Horthy) pyta ( po włosku), czy może sie dosiąść. Skwapliwie udzielamy przyzwolenia. Kontakt bezpośredni z miejscową ludnością jest przecież najważniejszym celem naszej podróży. Pozostaje jeden problem. Język wloski, zna ( i to nie najbieglej) tylko jeden czlonek naszej czteroosobowej załogi - zaś Albańczycy nie są liderami w nauce języków obcych.
Na szczęscie nowoprzybyły okazuje sie nauczycielem szkoły średniej i całkiem znośnie zna rownież angielski i niemiecki. Nieolmal (dla nas) tradycyjnie pyta o miejsce pochodzenia i cel podróży ( ai Polacy, ani Węgrzy nie są najczęstszymi goścmi w Albanii), a zaspokoiwszy swoją ciekawość rojaśnia oblicze i nie bez dumy porzyznaje się, że historia i polityka to jego dwie pasje życiowe. Albania odzyskała niepodleglość w 1912 roku, (a więc w okresie bardzo nas interesujacym) i stosunek do tego faktu jest dla Leka (tak sier boweiem przedstawia) nie mniej emocjonalny i pasjonujacy niz dla Polakow odzyskanie niepodleglości po dlugoletnich zaborach. Lek jest też dobrze poinformowany w udziale Austro-Węgier w odzyskaniu i utrwakleniu wolności albańskiej, a także w wydarzeniach I WŚ, ktore komentuje nie szczędząc własnych spostrzeżeń i wniosków.
Zanim jednak do tego doszliśmy uraczył nas (zapewne w charakterze wstępou) "krótkim kursem historii narodu albańskiego i jego roli na Bałkanach". Z uwagi na małą znajomość tego tematu w naszym kraju i wagę dla zrozumienia stosunku Alnbańczykow do Serbów. Włochów i Austro-Wegier pozwolę sobie przytoczyć ten wywód w zwięzłym streszczeniu:
(do tej kategorii należą Polacy o korzeniach Krolewstwa Kongresowego, a także pomorskich , wielkopolskich i śłaskich
Po prostu widac, ze wszystko mozna odowodnic. I co Polakow o korzeniach slaskich dotyczy, to przynajmniej czesc z nich byla poddanymi Austryii ( do r.1742 wszystcy).
C. i K. armia byla tez na pozniejszej Litwie, i naprz w Flandrach. Ja cale to gadanie uwazam za madziaronska propagande.
_________________ Jak sie ludzie chca porozumiec, to brak jezyka nieprzeszkadza.
-Albańczycy są jednym z najstarszych narodów Europy, a nasza udokumentowana historia w tym miejscu jako Ilirow liczy już 3600 lat - zaczął Lek
- Udokunmektowana źódlowo tylko nieco ponad dwa tysiace - zauważyłem, chcąć sie poisać swoja erudycją ...
- Ale archeologicznie - 3600 - upiera sie Albańczyk - a zreszta choćby i 2000! Gdzie wówczas byli Słowianie? Nasi przodkowie mieszkali tu wcześniej niz Homer stworzył Iliadę i to nam wystraczy...Zajmowaliśmy cale Balkany aż po Dunaj na Węgzrech i Alpy po Szwajcarię. Napadali nas Celtowie, Macedończycy i Rzymianie, a my wciąż trwal;iśmy tu i pozostaliśmy sobą. nawet gdy opanowali nasze miasta - chroniliśmy sie w górach, a przy każdej okazji schodziliśmy na powrót w doliny i przeganialiśmy obcych z naszej ziemi. Za czasow imperium rzymskiego tylko my jedni spośród Ilirow i Trakow nie ulegliśmy romanizacji, choć nasi praojcowqie sluzyli w legionach i byli najlepszymi żółnierzami. Nadeszlo średniowiecze. Rzym zamienił sie w Bizancjum, a my strakle bronilkiśmy naszych gór nominalnie uznając zwierzchnictwo Konstantynopola. Potem napłynęłi Słowianie i zniszczykli wszystkoi na swojej drodze. Miasta Ilirii obrócili w ruiny, a kto ocalał chronil sie w górach lub w namorskich twoierdzach. Nasi bracia Ilirowie wyginęli. Z całego potężnego ludu pozostała tylko garstka w naszych górach od Kosowa po Zatokę Koryncką...
- Serbowie mówili nam, że Kosowo to ich odwieczna ziemia i kolebka ich państwowości...-
- Praojczyzna i kolebka Serbów jest za Karpatami ! Kosowo jak i wszystkie ziemie aż po Korynt zbdobył na krotko ich król Stefan Duszan w 1330 roku, a po śmierci jego syna skończylo sie tu i w Kosowie serbskie panowanie...Ich państwo rozpadło sie. Podbili ich Turcy , a po bitwie na Kosowym Polu nasi znów odzyskali swododę i walczyli zarowno z nimi jak i z Serbami. Wspieraly nas wtedy Wenecjanie i stą widzisz tak wiele kościołów katolickich. W XV wieku gdy wszyscy sioe zalamali. Padła Serbia i Bizancjum - tylko nasz Skanderbeg opieral sie Turkom i sam papież nadal mu tytuł "chrystusowego mocarza" (Athleta Christi ). Zjednoczył wszystkie plemiona albańskie od Kosowa aż po Korynt i nigdy nie pokonali go Turcy.
- No trochę wspomagał go nasz Janos Hunyadi i jego syn - Maciej Korwin -
- No tak, Pan jest Węgrem.
- Właściwie pól Węgrem ...- sprostowalem
- No to tak jak nasz król Lek...No ma Pan racje. Wegrzy byli zawsze naszymi przyjaciółmi...Żona krola Zoga też byla wegierką...Niech Pan koniecznie jedzie do Kroji...
Jako Węgier będzie Pan zadowolony (Kroja to górska twoierdza Skanderbega - coś w rodzaju sanktuarium narodwego Albańczyków, gdzie zgromadzono wiele dokunektopwm i kopii świadczacych o wzajemnegj przyjaźni Skanderbega i Hunyadego. [J.B.])
Ale dalej... Potem Turcy przekupili rożnych wodzów plemiennych, państwo sie rozpadło i dostaliśmy sie pod ich panopwanie. Większość Albańczykow przyjęła islam, ale nadal pozostaliśmy sobą...A z nadszedł rok 1912...
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach